Są takie dni, że nie wytrzymuję.. Codziennie ta sama bieganinia po parkach, po sklepach, wszędzie z napchanym wózkiem, który potem sama taszczę na górę do mieszkania.. Potem szybko obiad, szybko ale dokładnie, uważając na każdy składnik - no bo przecież dzieci trzeba zdrowo odżywiać. Przy tym ma być smaczny, ma pięknie wyglądać i pachnieć. Potem cały rytuał radosnego wypluwania go przez dzieci, czasem 10 min, czasem godzinę. I przychodzi mąż, a ty z powrotem do garów i odgrzej. Wcześniej popraw włosy i pościeraj to, co dzieci nabrudziły.... Czas odetchnąć? Przecież ktoś musi pozmywać... Mąż bardzo by chciał oczywiście, ale przecież ma teraz ten cenny czas dla dzieci, który może wykorzystać z nimi na zabawę. No to się bawi. Uśmiechnięty tatuś, który na wszystko pozwala - w nagrodę, że tak mało do mają w domu. A jutro... Jutro rano znowu zła mama, która wmusza jedzenie, każe iść do przedszkola i często krzyczy. Czasem bardzo krzyczy. Ostatnio tak nakrzyczała, że córka się rozpłakała i powiedziała, że jej nie kocham

Nieprawda oczywiście, po prostu częściej krzyczę na nią bo jest starsza i bardziej psoci. Ale to tylko psoty, nie zasługujące na to, żeby sfrustrowana mama się za nie wyładowywała na dziecku. Wstyd mi. Powiedzcie, że macie czasem tak samo... Że nie jestem wyrodna matką..